sobota, 20 października 2007

Węgierskie transporty

Rozpoczęło się piekło na ziemi. Był piękny letni dzień. Wracając z pracy widziałyśmy tłumy ludzi wysiadających z pociągu. Stojąc na wieczornym apelu, w ostatnim rzędzie zabudowań na lagrze, przed blokiem nr 26 patrzyłyśmy na pochód ludzi.

Posuwali się w kierunku krematorium. Najpierw młode kobiety, prowadząc swoje dzieci. Obok starsze kobiety, opierające się na ramionach młodszych, zapewne wnuczek. Za nimi mężczyźni, młodzi i starzy. Patrzyli na nas, wierzyli, że przyjechali do pracy. Posłusznie spełniali rozkazy. Do tego byli już przyzwyczajeni, od chwili, kiedy Niemcy zaczęli okupować ich kraj. Tego, co naprawdę ich czeka zupełnie się nie domyślali.

Nic wokoło nie wzbudzało szczególnej grozy. Druty, istnieją, bo ludzie są tu skoszarowani. O tym słyszeli. Trudno to przecież wojna. Kominy, na pewno jakiejś fabryki, w których będą pracować. Odczytali, na niskim budynku napis Badeanstalt to przecież łaźnia, w której mogą umyć się po podróży. Według informacji sonderkomanda, by do końca zatrzymać kłamstwo, dawano wszystkim ręcznik i kawałek mydła.

Rozebrani do naga wkraczali niby do właściwej łaźni. Kiedy znalazło się tam około 500 osób, pomieszczenie się zatrzaskiwało. Odzywał się dzwonek i przez otwory wrzucano cyklon. Nad drzwiami, przez okienka SS-mani obserwowali makabryczne widowisko, przerażenie, śmiertelne konwulsje, agonie. Seans trwał około 15 minut. Kiedy już pół tysiąca ludzi leżało z rozszerzonymi grozą oczyma, znowu odzywał się dzwonek. Potężne wentylatory odwiewały gaz. Sonderkomando wchodziło w maskach do komory.

Ciała poskręcane, świadczyły o niesamowitej męczarni. Poodgryzane części ciała, oczy wychodzące z orbit, powyłamywane palce. Otwierały się przeciwległe drzwi. Tam znajdowała się pochylnia, po której spychano na wózki i samochody zagazowane ciała. Wózki jechały do krematorium, samochody do przygotowanych dołów. Godzinę i piętnaście minut, zajmowało unicestwienie pół tysiąca ludzkich istnień. Po tym czasie, następna partia nieszczęśników wkraczała do komory.

Znakomita niemiecka precyzja i dokładność.

Nastąpiły dni i miesiące nieustannej grozy. Całe transporty węgierskie szły bez selekcji do komór gazowych. W ciągu doby przyjeżdżało na rampę około dwunastu długich pociągów. Na rampie wyrzucano z wagonów walizy, paki, kartony. Z wszystkich krematoriów samochodami zwożono odzież, złoto, pieniądze gazowanych ludzi. Wszystko do baraków "Kanady", gdzie dziewczyny w szalonym tempie, sortowały, układały, pakowały rzeczy. Bogactwo wyjeżdżało pociągami do Rzeszy.

Maria Rudzka - Kantorowicz Przeżyłam piekło w Auschwitz Birkenau

0 komentarze: